Czwartek, 11 czerwca
12°C Jelenia Góra

Miejsce tworzą ludzie. Wałbrzych kiedyś i dziś. Żonkilowa Kwesta.

Audio

Czytaj na głos

Autor: Piotr Kolesiński vel Miodek 2 min czytania

Piaskowa Góra, Wałbrzych. To samo miejsce. Dwa zupełnie różne obrazy.

Akt I: Retrospekcja

Piękne południe jak dziś, tyle że około 30 lat wstecz, wtedy jednak dzień wyglądał nieco inaczej.

Moja pierwsza praca w życiu. Rozdawałem ulotki i jakieś promocyjne słodkości pod ówczesnym Realem (dzisiaj B1).

Człowiek młody, pełen energii i entuzjazmu z pierwszego zarobku. Trochę stresu, trochę tremy, ale ponad wszystkim duma z samodzielnie zarobionego kieszonkowego, które zbierałem grosz do grosza, by kiedyś odwiedzić wymarzoną Sycylię. Tę z ulubionego do dziś „Ojca chrzestnego".

I nagle pojawia się „lokalna starsza młodzież", ubrana w modny ówcześnie dres marki „trzech pasków". Oni z kolei trudnili się jakimś rodzajem gangsterki rodem z Młodych wilków - w grupie kilku starszych „bossów" oraz ich młodszych naśladowców, łącznie około 12 chłopaków.

Atmosfera mojej pierwszej pracy szybko zamieniła się w mało zabawną szkołę przetrwania.

Spod pazuchy pokazano mi pistolet, jak się później okazało dość prawdziwy, tyle, że gazowy... i padł w moją stronę konkret: „Tygodniowy haracz 50 zł za to, że mogę dalej pracować pod marketem".

Tak wyglądała wtedy wałbrzyska rzeczywistość.

Za tydzień przyszli po pieniądze... i to był ich błąd. Wyjechali w kajdankach.

Ten obraz - grupy, która chwilę wcześniej wydawała się silna, a potem leżała skuta kajdankami na ziemi, już bez tej całej „pewności siebie" - został mi w głowie do dziś.

Akt II: Teraźniejszość

To samo miejsce. Ten sam chodnik. To samo wejście do sklepu.

I zupełnie inny klimat.

Słońce, spokój i... dzieci. Uśmiechnięte, otwarte, bez cienia strachu.

"Żonkilowa Kwesta" na lokalne hospicjum pod skrzydłami niezastąpionej Renaty Wierzbickiej.

Domowe ciasteczka — własnoręcznie wykonane i pieczone pod okiem rodziców do późnych godzin nocnych.

Zaangażowanie, które nie jest „na pokaz", tylko płynie z niewinnych serc, pełnych szczerej chęci pomocy i współpracy przy tworzeniu dobrych uczynków.

Obok dorośli, którzy pilnują, pomagają i ogarniają to, co jeszcze trudne dla młodszych.

Normalność. Dobro.

I powiem wprost — aż chce się to oglądać, wspierać, uczestniczyć.

Bo miejsce samo w sobie nic nie znaczy. To ludzie robią różnicę.

Mogę to podsumować prosto:

Kiedyś ktoś, w tym właśnie miejscu, próbował mi odbierać owoce pracy siłą i przemocą. Dzisiaj inni potrafią w tym samym miejscu dawać wsparcie z serca, tym bardziej potrzebującym.

I oby tak już zostało na zawsze.

Pozdrawiam serdecznie,

Piotr Kolesiński Vel Miodek

Skomentuj

Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.

Nie ma jeszcze komentarzy.

TikTokowa Jelonka