Akt I: Retrospekcja
Piękne południe jak dziś, tyle że około 30 lat wstecz, wtedy jednak dzień wyglądał nieco inaczej.
Moja pierwsza praca w życiu.
Rozdawałem ulotki i jakieś promocyjne słodkości pod ówczesnym Realem (dzisiaj B1).
Człowiek młody, pełen energii i entuzjazmu z pierwszego zarobku.
Trochę stresu, trochę tremy, ale ponad wszystkim duma z samodzielnie zarobionego kieszonkowego, które zbierałem grosz do grosza, by kiedyś odwiedzić wymarzoną Sycylię. Tę z ulubionego do dziś „Ojca chrzestnego".
I nagle pojawia się „lokalna starsza młodzież", ubrana w modny ówcześnie dres marki „trzech pasków".
Oni z kolei trudnili się jakimś rodzajem gangsterki rodem z Młodych wilków - w grupie kilku starszych „bossów" oraz ich młodszych naśladowców, łącznie około 12 chłopaków.
Atmosfera mojej pierwszej pracy szybko zamieniła się w mało zabawną szkołę przetrwania.
Spod pazuchy pokazano mi pistolet, jak się później okazało dość prawdziwy, tyle, że gazowy... i padł w moją stronę konkret:
„Tygodniowy haracz 50 zł za to, że mogę dalej pracować pod marketem".
Tak wyglądała wtedy wałbrzyska rzeczywistość.
Za tydzień przyszli po pieniądze... i to był ich błąd.
Wyjechali w kajdankach.
Ten obraz - grupy, która chwilę wcześniej wydawała się silna, a potem leżała skuta kajdankami na ziemi, już bez tej całej „pewności siebie" - został mi w głowie do dziś.
Akt II: Teraźniejszość
To samo miejsce. Ten sam chodnik. To samo wejście do sklepu.
I zupełnie inny klimat.
Słońce, spokój i... dzieci.
Uśmiechnięte, otwarte, bez cienia strachu.
"Żonkilowa Kwesta" na lokalne hospicjum pod skrzydłami niezastąpionej Renaty Wierzbickiej.
Domowe ciasteczka — własnoręcznie wykonane i pieczone pod okiem rodziców do późnych godzin nocnych.
Zaangażowanie, które nie jest „na pokaz", tylko płynie z niewinnych serc, pełnych szczerej chęci pomocy i współpracy przy tworzeniu dobrych uczynków.
Obok dorośli, którzy pilnują, pomagają i ogarniają to, co jeszcze trudne dla młodszych.
Normalność. Dobro.
I powiem wprost — aż chce się to oglądać, wspierać, uczestniczyć.
Bo miejsce samo w sobie nic nie znaczy.
To ludzie robią różnicę.
Mogę to podsumować prosto:
Kiedyś ktoś, w tym właśnie miejscu, próbował mi odbierać owoce pracy siłą i przemocą.
Dzisiaj inni potrafią w tym samym miejscu dawać wsparcie z serca, tym bardziej potrzebującym.
I oby tak już zostało na zawsze.
Pozdrawiam serdecznie,
Piotr Kolesiński Vel Miodek












