Poniedziałek, 8 marca
Imieniny: Beaty, Jana
Czytających: 2400
Zalogowanych: 0
Niezalogowany
Rejestracja | Zaloguj

Wałbrzych: Och, Emil!

Sobota, 6 listopada 2010, 18:47
Aktualizacja: 18:48
Autor: Michał Cisło
Wałbrzych: Och, Emil!
Fot. użyczone
Po interesującej sztuce „Przecinek i kropka”, wykonanej przez aktorów z Teatru Lalki i Aktora w Wałbrzychu, przyszło mi zrecenzować kolejną – „Och, Emil!”. I choć była ona życiowa, to mam w stosunku do niej mieszane uczucia.

W atmosferze panującej tego dnia na sali Teatru podobało mi się jedno – kameralność i obecność również dorosłych, a nie tylko dzieci. Obaliło to tym samym tezę, że Teatr Lalki i Aktora jest tylko i wyłącznie przeznaczony dla najmłodszych. A to nieprawda.

I jako „recenzent sztuki dziecięcej”, w porównaniu do bycia „recenzentem sztuki dramatycznej”, zacznę tym razem od wymienienia plusów. Minusy zostawię sobie na deser.

Sztuka „Och, Emil!” opowiada o małym chłopcu, którego porównać można do serialowej postaci Denisa Rozrabiaki. Emil, jako urwis mający tysiące pomysłów na minutę, boryka się z problemem, z którym boryka się każde dziecko w okresie dojrzewania – kim chcę być w przyszłości? I o ile niektóre pociechy mają z tym problem, bo nie mają pomysłu, Emil ma ich aż nazbyt – to chce być żołnierzem, to lekarzem, to wszystkozjadaczem, etc. A w realizacji pomysłów chcą mu pomóc jego rodzice, grani przez Seweryna Mrożkiewicza oraz Annę Golonkę, którzy starali mu się przybliżyć zawód lub wybić pomysł z głowy. Sztukę określiłbym perypetiami rodzinnymi, ale odbitymi w krzywym zwierciadle.

Jednym z plusów, o czym wręcz muszę wspomnieć, była gra Pawła Pawlika, który grał tytułową rolę. I jakkolwiek to zabrzmi – nie przypuszczałem, że z lalką można robić takie rzeczy. Dlaczego? Bo pierwszy raz widziałem, żeby coś tak głupiego i prostego jak lalka, najnormalniej w świecie żyło. Oglądając sztukę miałem wrażenie, że ten kawałek drewna naprawdę mówi, idealnie dopasowując się do dialogu/monologu, wypowiadanych słów, a oprócz tego idealnie odzwierciedlając ruchy i dobrze dopasowując się nimi do sytuacji. Czysty majstersztyk, chylę czoła i dziękuję. Za obalenie tezy, że lalki nie mogą bawić.

Ale oprócz dobrej gry Pawła Pawlika, na uznanie zasługuje również Marlena Suder i jej koleżanka, które grały „ciocie z prawdziwego zdarzenia”, czyli rzucające hasłami pt. „jak Ty wyrosłeś, daj cioci buzi, ubrudziłeś się, ciocia napluje na chusteczkę i wytrze Ci policzek”. Role zagrane bardzo dobrze, koszmar niejednego dziecka.

Oprócz gry aktorskiej, jednym z największych, moim zdaniem, pozytywnych aspektów sztuki, to muzyka. I tutaj brakuje mi wręcz słów, żeby to opisać. Piosenki utrzymane w stylu gospel, jazzowym i troszeczkę nawet bluesowym sprawiły, że do końca dnia nuciłem je pod nosem. A piosenka końcowa zbiła mnie po prostu z nóg. Wielkie, wielkie brawa dla Janusza Ryl-Krystianowskiego oraz Piotra Klimka. Z mojej strony ogromne słowa uznania.

Duże wrażenie robiła również scenografia – niby prosta, ale jakże praktyczna i pomysłowa. Do teraz zastanawia mnie, jak ona została zrobiona.

Jeżeli chodzi natomiast o minusy, to sztuka w pewnym momencie po prostu... nudziła. I jak wymieniłbym to jako jedyną wadę, to jednak jest to istotna wada. Były chwile, gdzie chciało się, żeby akcja nagle zmieniła tor.

Gdybym miał ocenić te przedstawienie w szkolnej skali ocen, to wystawiłbym mocną czwórkę, ale nie z powodu fabuły, lecz gry aktorskiej, muzyki i samej scenografii. I ze względu na te trzy aspekty, polecałbym wspólne i rodzinne oglądanie jej. Bo jednak każdy członek rodziny znajdzie w niej coś dla siebie, gwarantuję.

I tego państwu oraz sobie życzę.

Czytaj również

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Copyright © 2002-2021 Highlander's Group