Wracamy do rozmowy na temat rezerwatów przyrody z Krzysztofem Strynkowskim z Fundacji Ochrony Przyrody FOPIT GOBI, wieloletnim wiceprezesem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska w Legnicy, członkiem Rady Ochrony Przyrody przy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) we Wrocławiu. Opublikowana w ub. tygodniu pierwsza część wywiadu cieszyła się dużym zainteresowaniem.
W pierwszej części rozmowy mówił Pan o szansach, ale i ograniczeniach, które niesie dla mieszkańców danej okolicy sąsiedztwo rezerwatów przyrody. Rozwińmy to. W Rybnicy Leśnej i okolicach jest np. wielu rolników, których ewentualne utworzenie rezerwatu będzie dotyczyło. Jak może wpłynąć na ich sposób gospodarowania, który znają i realizują „od pokoleń”?
- Jak już mówiłem, choć wytyczanie obszaru rezerwatu przyrody raczej nie koliduje w danym miejscu z terenami rolniczymi, zwłaszcza gruntami ornymi, to jeśli się zdarzy, że ochroną są objęte użytki zielone, to bardzo możliwe jest, że w związku z powołaniem rezerwatu sąsiadujący z nim rolnicy mogą otrzymać np. zakaz stosowania chemicznych środków ochrony roślin na użytkowanych łąkach czy pastwiskach oraz wytyczne, jakie środki mogą stosować. To duża zmiana w ich dotychczasowym sposobie gospodarowania łąkami czy pastwiskami. Niejedyna. Na cennych przyrodniczo terenach rolnicy muszą liczyć się też m.in. z wyznaczonymi „odgórnie” terminami koszenia. Nie mogą więc już sami decydować, kiedy wykoszą swoją łąkę czy pastwisko. Terminy tych prac zostaną im narzucone. Ale jeśli rolnik przestrzega tych obostrzeń, może w zamian otrzymać finansową rekompensatę od państwa. Także traci niejako samodzielność w kilku obszarach, ale może starać się w zamian o wsparcie finansowe.
A co z łowiectwem? W rezerwatach obowiązują zakazy polowań.
- To prawda. Jednak w mojej opinii to ma swoje dobre, jak i złe strony. Na pewno w rezerwatach faunistycznych, czyli tych, które mają chronić zwierzęta, zakaz polowań może wpłynąć na wzrost populacji drapieżników, np. lisów, jenotów czy kun, które mogą stanowić poważne zagrożenie dla tych zwierząt, które mają być chronione. Na przykład w rezerwatach ornitologicznych chronimy głuszce czy cietrzewie, a wzrost populacji ssaków drapieżnych powoduje, że chronionych ptaków jest coraz mniej, ponieważ są przez coraz większą ilość drapieżników zjadane. Dziki także potrafią spustoszyć lęgi w koloniach mew, wyjadając jajka i pisklęta. Dlatego, choć to pewnie kontrowersyjne, jestem zwolennikiem tego, aby w rezerwatach zezwalać na polowania - oczywiście pod pewnymi warunkami, z zachowaniem zasad związanych z ochroną danego gatunku czy gatunków. Póki co, w rezerwatach są możliwe tzw. odstrzały zwierząt, ale tylko w bardzo sporadycznych przypadkach i to musi być poprzedzone wieloma zgodami, m.in. od RDOŚ. Brak możliwości polowań w rezerwatach wpływa oczywiście na lokalne koła łowieckie. Jeśli mają do dyspozycji pomniejszony obszar polowań, mogą mieć trudności z zachowaniem płynności finansowej, zwłaszcza przy konieczności wypłacania odszkodowań za szkody wyrządzone przez zwierzynę łowną.
Jak z punktu widzenia przyrodnika istnienie rezerwatu wpływa na rozwój turystyki w danym regionie?
- To zależy. Jeżeli rezerwaty są mądrze pomyślane, to korzystają na tym i turyści, i środowisko. Na przykład rezerwat przyrody „Stawy Przemkowskie”, który obejmuje powierzchnię aż 6 tys hektarów, ma zbudowaną w trzcinowiskach specjalną, drewnianą ścieżkę dla turystów, są tam punkty widokowe. Na tak dużym obszarze to nie szkodzi ptakom, które są tam chronione, jeśli turyści poruszają się wytyczonym szlakiem. To jest przykład rozwiązania, które umożliwia turystom wchodzenie na teren rezerwatu i podglądanie tamtejszej przyrody, bez szkody dla chronionych zwierząt. One zresztą szybko się uczą, wiedzą, że w danym miejscu są ludzie więc nie zakładają tam gniazd, tylko w miejscach oddalonych od ścieżki turystycznej. W rezerwatach stawia się też np. wieże widokowe, z których można podglądać przyrodę. Wtedy turyści mogą korzystać z walorów rezerwatu, a miejscowi rozwijać turystykę. Jednak często wstęp na tereny rezerwatów jest mocno ograniczony, nawet zabroniony, więc turyści nie mają nawet po co przyjeżdżać, a mieszkańcy muszą się liczyć z różnymi ograniczeniami. Jak już rozmawialiśmy w pierwszej części wywiadu, w rezerwatach nie można m.in. korzystać z runa leśnego, więc zbierać jagód ani grzybów. Nie można po nich dowolnie spacerować, wprowadzać psów. Często się zdarza, że gospodarze we wsiach wypuszczają na sąsiadujące tereny leśne np. kozy czy owce, aby się tam pasły. W momencie utworzenia rezerwatu zwierzęta gospodarskie nie mogą już wchodzić na taki teren. I rolnik, którego np. kozy chodziły dotąd beztrosko po lesie, będzie musiał je zamknąć na swoim terenie. Jeśli w pobliżu rezerwatu są np. ścieżki biegowe dla narciarzy czy ścieżki z atrakcjami turystycznymi, a w pobliżu występują np. głuszce czy cietrzewie, to prowadzący je właściciele muszą liczyć się z tym, że w okresie godowym tych chronionych, wrażliwych na hałas ptaków, ścieżki i inne atrakcje dla ludzi muszą być zamknięte, co odbija się na ruchu turystycznym w danej okolicy.
Także mądrze głosi stare powiedzenie, że każdy kij ma dwa końce. Bo z jednej strony rezerwaty są potrzebne, chronią bezcenną przyrodę, z drugiej mieszkający w ich pobliżu ludzie czy przyjeżdżający turyści muszą liczyć się jednak z różnymi ograniczeniami.












